Talizman – nieudane połączenie ze Straubem?

Do “Talizmanu” podchodziłem czterokrotnie. Może jego wielka moc, która przyzywała głównego bohatera sprawiła, że nie mogłem oprzeć się wrażeniu, iż książka ta jest napisana na siłę i bez większego pomysłu. Po lekturze jednak stwierdzam, że to kawał dobrej i ciekawej roboty, która powinna być kontynuowana.

Jack Sawyer, dwunastoletni syn chorej na raka aktorki, wyjeżdża wraz z nią z Kalifornii do opustoszałego miasteczka letniskowego w New Hampshire. Jack nie chce dopuścić do świadomości choroby matki. Poznaje starego Murzyna, dozorcę wesołego miasteczka, który ujawnia mu zdumiewającą prawdę. W równoległym do naszego świecie, zwanym Terytoriami,

Dwójniczka jego matki, Laura DeLoessian, również jest śmiertelnie chora. Tylko Jack może uratować obydwie kobiety – jeśli pójdzie na drugi koniec kontynentu, gdzie w groźnym, pełnym zła czarnym hotelu znajduje się Talizman o uzdrawiającej mocy. Jack rusza więc na heroiczną wyprawę przeskakując między dwoma światami, przeżywając niesamowite przygody, poznaje wrogów i przyjaciół. Przede wszystkim jednak dorasta i staje się godnym Talizmanu. Jego wyprawa ma jeszcze bardziej doniosłe znaczenie, niż sobie pierwotnie wyobrażał.

Speedy, Karmazynowy Król czy parę innych szczegółów kojarzy stały czytelnik (wierny czytelnik/wierny fan) z innymi książkami Stephena Kinga. Jego też w “Talizmanie” jest więcej – Straub wprowadza ważne fantastyczne szczegóły jednak to autor “Carrie” rządzi w związku.

Przenosimy się do innego wymiaru, gdzie wszystko ma zapach inny niż u nas. Nie ma wysokich cen benzyny, złego McDonaldsa i kapitalistów, którzy chcą nas sprzedać. Tam za pieniądze kupić nie da się wiele, a co do życia potrzebne – kosztuje mniej niż w szarej rzeczywistości Stanów Zjednoczonych Ameryki.

Oczywiście ta sytuacja, w której młody Jack – jeszcze dziecko – musi ocalić świat do najprzyjemniejszych nie należy. Cały czas prześladuje go – pomimo mocy, jakie posiada i wiedzy, którą zgłębia z każdą chwilą – obraz mężczyzn, którzy chętnie przytuliliby małego chłopczyka. Motyw ten nie dziwi – wspomnieć należy “To” – jednak czasem sugestii tych jest aż nazbyt wiele. Przeładowanie nie przystoi ojcu 3 dzieci i dziadkowi.

Ojcowie w powieści są dobrzy (choć nie wszyscy), chrześcijanie to radykałowie a wilki (a właściwie wilkołaki) są bardziej popularne niż wampiry. No i robią o wiele większy bałagan.

Magia opowieści zmieściłaby się na stronach 300. Niestety. czytelnik amerykański ale i polski jest przez autora “Lśnienia” przyzwyczajony do tego, że książka telefoniczna przy Kingu to broszurka reklamowa.

Comments { 0 }

Kto jest na szczycie najlepiej zarabiających pisarzy?

Pisarz James Patterson rządzi nie tylko w księgarniach, ale także w mniej namacalnym świecie książki cyfrowej. Amerykański twórca thrillerów i powieści kryminalnych ma już na swoim koncie 5 mln sprzedanych e-booków.

Jamesa Pattersona już drugi rok z rzędu okrzyknięto „najlepiej zarabiającym pisarzem świata”. Amerykanin pracuje jak maszyna, a jego nazwisko znajduje się na okładce, co 17 książki kupowanej w Stanach Zjednoczonych.

65-letni pisarz radzi sobie świetnie również na rynku książki cyfrowej. Jak podało jego wydawnictwo Hachette Book Group sprzedał już 5 mln cyfrowych egzemplarzy swoich książek, z tego w ciągu ostatnich 7 miesięcy aż 2 mln.

Sprzedaż na poziomie 1 mln Patterson osiągnął w lipcu 2010 roku i był jednym z pierwszych pisarzy, którzy osiągnęli taki wynik sprzedaży e-booków. Sukces to ewidentny, ale przychodów z e-booków nie można porównać z zyskami, jakie przynoszą jego książki wydawane w sposób tradycyjny. W 2011 roku sprzedał aż 4,7 mln „papierowych” publikacji.

Patterson jest byłym copywriterem. Pracuje nad swoimi powieściami siedem dni w tygodniu, zaczynając od ok. 5.30. Wszystkie teksty pisze ręcznie, ale często korzysta z pomocy współpracowników. Jego pisarski styl wyróżnia szybkie tempo narracji, punktowane bardzo krótkimi rozdziałami.

Sławę przyniósł mu wydany w 1993 roku thriller „Along Came the Spider” zekranizowany jako „W sieci pająka”, z Morganem Freemanem w roli głównej. To także literacki debiut ulubionego bohatera Pattersona – Alexa Crossa, czarnoskórego policjanta i psychologa, który specjalizuje się w tropieniu seryjnych zabójców. W rolę Crossa Freeman wcielał się dwukrotnie, wcześniej także w filmie “Kolekcjoner”, który powstał na podstawie „Kiss the Girls”.

(PAP Life)

Comments { 0 }

Aerosmith i King?

Jack Dougles, producent Aerosmith, wpadł na dość nietypowy pomysł połączenia legendarnego zespołu rockowego ze słynnym amerykańskim pisarzem horrorów i thrillerów. Tylko w jaki sposób mógłby mieć coś wspólnego ten zespół z wielkim twórcą?

Jack Douglas powiedział całkiem na poważnie, że chce by Stephen King pomógł Aerosmith przy pisaniu tekstów piosenek na następną płytę! Ta chęć wydaje się dość nierealna, nawet pomimo tego, że King jest wielkim fanem rocka. Douglas wypowiedział się na ten temat w następujący sposób: “Spojrzeli na mnie, jakbym był szalony. Ja odpowiedziałem, że mówię jak najbardziej serio. Jeśli ktoś miałby zainspirować Tylera, to tylko Stephen King.”

Jeżeli chodzi o zawieranie jakichkolwiek umów lub nawet samych rozmów z Kingiem, nic nie wiadomo. Wiadomo jednak jaki nastrój będzie mieć wychodząca płyta Aerosmith w maju. Jack Douglas powiedział: “To będzie podróż w miejsca, które doskonale znacie”.

Wiecej na http://inforock.pl/index.php/news/1-new/741-aerosmith-i-stephen-king#ixzz1mNNnsYWS

Comments { 0 }

Szatan w prozie Kinga

Choć Stephen King przyznaje dzisiaj, że wierzy w Boga i czyta Biblię, to jednak nie uczęszcza do kościoła Metodystów (w którym praktycznie się wychował), ani nie uczestniczy w nabożeństwach, na które uczęszcza Tabitha (zagorzała katoliczka). Dodajmy jeszcze córkę, która w religii mocno się zanurzyła porzucając dla teologicznych studiów dobrze prosperującą restaurację i wychodzi nam niezły galimatias. A może to tylko pozory z tym odżegnywaniem się od religii? Wszak diabeł tkwi w szczegółach.

Metodyści mówią, że Szatan (diabeł) jest przywódcą upadłych aniołów, który zgrzeszywszy przeciw Bogu jeszcze przed stworzeniem człowieka, został zrzucony z nieba. Jakie są konsekwencje dla ludzi? Przeto jak przez jednego człowieka grzech wszedł na świat, a przez grzech śmierć, tak i na wszystkich ludzi śmierć przyszła, bo wszyscy zgrzeszyli (http://www.metodysci.org/katechizm3.php [dostęp online 24 listopada 2011]).

Według powszechnej opinii diabeł to łzy duch, którego zadaniem jest skłonienie człowieka do grzechu. Przedstawiany najczęściej na wzór greckiego Pana jako kozłonogi i kozłorogi stwór z długim ogonem, dzierżący w ręku widły. W naszej polskiej rzeczywistości istny Niemczyk – we fraku i cylindrze. W przeciwieństwie do kulturowego ujęcia Szatana diabeł nie ma w sobie nic z majestatu zła. Jest stworem bardzo swojskim, ponieważ towarzyszy człowiekowi nieustannie. Daje się łatwo wyprowadzić w polce, bowiem nie grzeszy inteligencją. Polskie diabły są niejednokrotne bardzo sympatyczne i raczej pomagają ludziom niż im szkodzą. Przykładem chociażby bracia Zota, siostry Emina i Zibelda, a także inne postaci, które spotyka Alfons van Worden w „Rękopisie znalezionym w Saragossie”. Podobnie rzecz ma się z „Panią Twardowską” Mickiewicza, gdzie pozornie zły diabeł nie jest taki straszny czy też z „Mistrzem i Małgorzatą” Bułhakowa. Tam świtę Wolanda tworzą Asasello, Korwiow oraz Behemot. Żaden z nich nie jest kozłonogi ale posiadają inne diabelskie cechy. Korowiow i Behemot zachowują się jak psotne diabliki – ich spacer po Moskwie w zakończeniu powieści przekształca się w ciąg diabelskich psot.

Co innego szatan – tu większość zgodzi się co do tego, że to zły duch, który zawsze przynosi negatywne zdarzenia. W odróżnieniu od diabła ma w sobie powagę i majestat. Przeraża ale i fascynuje – dlatego też szatan pojawia się na kartach książek Stephena Kinga. Wspomnieć jednak należy, że także inni amerykańscy autorzy powołali do życia dobre kreacje tego zwierza. W „Dziecku Rosemary” Levin uczynił kobietę matką szatana, która… kocha go jak dziecko. Przerażająca ciąża i rozwiązanie do dzisiaj uważane są za klasykę horroru. Lepszy jednak od niego okazał się W.P. Blatty, którego „Egzorcysta” do dzisiaj jest na pierwszym miejscu jeśli idzie o pokazywanie istoty działań złego ducha – szatana.

Kilkunastoletnia dziewczynka, córka znanej aktorki, zostaje opętana przez szatana, który wyniszcza ją psychicznie i fizycznie. Egzorcyzmy prowadzą do śmierci dwóch księży, ale dziecko zostaje w końcu uwolnione do złego ducha.

Wymienieni wyżej autorzy nie ukrywają, że głównym bohaterem jest szatan – nazywają zło po imieniu. Stephen King nie nazywa tych charakterów, które wywołują u nas ciarki na plecach wprost. Pojęcie to pojawia się nieczęsto, ale gdy już się pojawia nawiązuje do najlepszych kreacji tej postaci w historii kultury.

Najlepszą kreacją szatana (jeżeli można o takowej mówić) jest Randall Flagg – postać, która przewija się przez siedem utworów Kinga – czy to jako jedna z głównych postaci, czy też jako ciekawe uzupełnienie narracji. Wielu badaczy i fanów zwraca uwagę na fakt, iż nie można go utożsamiać z diabłem – nie podając przy tym żadnych argumentów przeciwko takiej postawie.

Randall Flagg po raz pierwszy na kartach książki pojawia się w 1978 roku w Bastionie – apokaliptycznej wizji Stanów Zjednoczonych wyniszczonych przez super grypę. Kingowski przykład diabła ma – podobnie jak Legion – wiele imion. W oryginalnym wydaniu znajdziemy takie określenia jak: Ahaz, Anubis, Astaroth, Ramsey Forrest, Richard Frye, Nyarlahotep, R’yelah, Russell Faraday, Seti, „The walkin’ dude. Zabieg zastosowany przez pisarza od razu kieruje nasze myśli ku fragmentom Ewangelii według św. Marka – Jak ci na imię?”, na co demon odpowiada w liczbie pojedynczej, by zaraz przejść do liczby mnogiej: “Na imię mi Legion, bo jest nas wielu. (Mk 5, 9-10).

Obierając za swoją siedzibę Las Vegas (miasta, które jak wampir za dnia przyczajony śpi spokojnie w swoim grobowcu by pod wieczór w otoczce bajkowej opowieści i wielkiego całonocnego show wyssać z ludzi całe ich życie i pieniądze) ściąga kłamstwem i fałszywymi snami ludzi, którzy chcą budować nowy, lepszy świat. Działa zgodnie z definicją diabła, jaką znaleźć możemy w serwisie ekatolik.pl: ten który dzieli, oczernia, zniesławia. Byt aktywny, sprytny, pomysłowy, zwodniczy, podstępny, pobudzający, gwałtowny i porywczy. Trzeba mu się opierać, ponieważ jest sprawcą śmierci. Niszczy innych i siebie. Flagg nie ujawnia w swojej działalności pozytywnych aspektów swojego ja. Torturuje, grabi, gwałci i krzyżuje. I choć ostatecznie przegrywa z Matką Abigail

Przez siedem lat uśpiony Flagg zostaje przywołany w Oczach smoka – książce dedykowanej córce Naomi. Ta baśń padające niedaleko Króla Artura i rycerzy okrągłego stołu jest opowieścią zarówno dla dzieci ale nie znudzi i dorosłych. Flagg jest tu czarnoksiężnikiem, który zabija Króla Rolanda i na tron wprowadza ułomnego syna Tomasza, by kontrolować królestwo. Flagg swoją „miłość” pokazuje także w kierunku wszystkich innych osób czyniąc z krainy mlekiem i miodem płynącej piekło na ziemi. Dodać należy, iż w Oczach smoka King w ręce Flagga wkłada księgę zaklęć napisaną przez niejakiego Alhazreda. Postać ta wiąże się z H.P. Lovecraftem, który posiadał podobną książkę. Randall Flagg pojawia się także na kartach Mrocznej Wieży – to jednak opowieść, podobnie jak każdy inny wątek wieżowy, na osobną pracę.
Nie można zapominać o Hearts in Atlantis gdzie Raymond Fiegler jest przywódcą grupy protestującej przeciwko wojnie.

Najlepszy popis Stephena Kinga jako konsekwentnego kreatora diabła możemy zobaczyć w Sztormie Stulecia (1999). Wyprodukowany przez telewizję ABC doczekał się również wersji papierowej wydanej przez Pocket Books – ta wersja również każe klęknąć przed talentem mistrza. Opowieść o małej społeczności, wspólnoty, która staje przed dużym wyzwaniem jest znakiem rozpoznawczym prozy pisarza z Nowej Anglii. Jednak zaraz odpowiada King – Czy słowo „wspólnota” zawsze brzmi pokrzepiająco, czy czasem potrafi zmrozić krew w żyłach? Właśnie wtedy wyobrażałem sobie żonę Mike’a Andersona, która przytula męża, szepcząc równocześnie do ucha: „Spraw, żeby [Linoge] miał wypadek”. Ciarki mnie przeszły! Wiedziałem już, że muszę przynajmniej spróbować spisać tę opowieść (King, Sztorm Stulecia, Prószyński i s-ka, 1999, s.7.).

Także z powstaniem całego utworu mistrz nie ma łatwego zadania. Zazwyczaj – powiedzmy trzy czy cztery razy na pięć – wiem, w jakiej sytuacji przyszedł mi do głowy pomysł na opowieść; wiem, jaki splot wydarzeń (zwykle prozaicznych) dał historii początek (…) Czasem jednak nie potrafię sobie przypomnieć, co doprowadziło do powstania konkretnej powieści lub opowiadania (…) początkiem „Sztormu stulecia” była scena więzienna: mężczyzna, tym razem biały, siedzi na pryczy, opierając o nią pięty i trzymając ręce na podciągniętych kolanach – i patrzy przed siebie bez zmrużenia powiek. Nie był to łagodny i dobry człowiek, jakim okazał się John Coffey w „Zielonej mili”, lecz wyjątkowo zły. Może nawet w ogóle nie był człowiekiem.Ilekroć wracałem do niego myślą – jadąc samochodem, siedząc u okulisty i czekając, aż wpuści mi krople do oczu, albo, co gorsza, leżąc w łóżku przy zgaszonym świetle – wydawał mi się jeszcze straszniejszy. Wciąż po prostu siedział bez ruchu na pryczy, ale był straszniejszy. Wydawał się mniej człowiekiem, a bardziej… tym, kim był naprawdę… (Ibidem, s.5.)

Pomysł wydał się pisarzowi tak dobry, że uruchomił swoje znajomości. Historia była za długa na film kinowy, lecz sądziłem, że mam na to sposób. Pamiętałem, jak wspaniale układała mi się współpraca z ABC, której dostarczyłem materiał (a czasem gotowe scenariusze) do kilku tak zwanych miniseriali cieszących się całkiem niezłą oglądalnością. Skontaktowałem się z Markiem Carlinerem (producentem nowej wersji „Lśnienia”) i Maurą Dunbar (która od początku lat 90. jest moim konsultantem do spraw artystycznych w ABC). Zapytałem obojga, czy zamiast adaptacją istniejącej książki byliby zainteresowani powieścią stworzoną wyłącznie dla telewizji. Przytaknęli niemal bez namysły, a gdy skończyłem trzy dwugodzinne scenariusze zamieszczone w tym tomie, bez żadnych ingerencji w treść bez wahań i kaprysów producentów, wszedł w fazę produkcji i realizacji (Ibidem, s.8.).

Co więc zobaczyć możemy na ekranie? Nad małą wysepką w stanie Maine przechodzi burza śnieżna. Ludzie, odcięci od świata muszą stawić czoła swoim lękom, a także tajemniczemu przybyszowi, który każe nazywać się Linoge. Zaczynają się dziać dziwne rzeczy, dochodzi do okrutnych zbrodni. Ludzie, coraz bardziej przerażeni i zniewoleni poznają oblicze zła, którego wcieleniem jest zagadkowy przybysz. Okazuje się, że po przestawieniu liter w jego imieniu powstaje przerażające słowo Legion, oznaczające demona, z którym walczył przed 2 tysiącami lat sam Jezus… Zły duch odejdzie tylko wtedy, kiedy otrzyma to czego pragnie.

Sztorm Stulecia podobny jest do innych opowieści Kinga. Wbrew temu, co pisze mistrz w przedmowie do swojego wydania (której fragmenty cytowaliśmy) pomysł społeczności, która musi zmierzyć się z problemem (czytaj: z diabłem) nie jest nowy.

Weźmy na przykład Sklepik z marzeniami. Tu podobnie do Sztormu stulecia, główną postacią jest konstabl, który może albo przerwać złą passę albo doprowadzić do ostatecznego upadku małej osady. Leland Gaunt, który spełnia najskrytsze marzenia mieszkańców nie chce za nie zapłaty. Po prostu przekonuje ich, że w odpowiednim momencie wyświadczą dla niego drobną przysługę. I o ile małe złośliwości nie robią dużej szkody materialnej, to efekt motyla powoduje, że miasteczko spokojne zamienia się w krwawe pole bitwy. Mieszkańcy podpisali pakt z diabłem, któremu nie sposób odmówić. To zresztą nie pierwsze miasto niszczone przez diabła Gaunta. Castle Rock spłynęłoby krwią, gdyby nie szeryf.

Stephen King po mistrzowsku sprawia, że czujemy obecność zła. Jego subtelna koncepcja diabła (vide Randall Flagg) powoduje, że ciarki przechodzą po plecach już na samo skrzypienie ich butów na śniego (patrz Andre Linoge).

Autor: Tomasz Albecki

Comments { 0 }

Haven

Haven serial science-fiction oparty luźno na krótkiej opowieści Stephena Kinga – Colorado Kid. Akcja toczy się w malym miasteczku w Maine, gdzie znajdują schronienie wszyscy obciążeni śmiertelną klątwą, próbując wieść normalne życie. przeklęci próbują wieść normalne życie na wygnaniu.

Nadzieja okazuje się złudna, gdyż nawet na wygnaniu przekleństwa powracają. Jest jednak ktoś, kto postanawia się temu przeciwstawić – agent FBI, Audery Parker. Wśród mieszkańców jest lokalny policjant Nathan Wuornos (Lucas Bryant), który ostatecznie staje się partnerem Audrey, oraz tajemniczy i uroczy Duke Crocker (Eric Balfour).

Serial w zupełnie innym świetle przedstawia twórczość autora “Lśnienia”. Kto nie miał okazji czytać “Kolorado kid” czy innej jego książki może nie do końca zrozumieć ideę tak śmiesznego serialu, który już doczekał się 2 serii (a 3 w przygotowaniu).

Lękamy się rzeczy, które są od nas większe, które przekraczają nasz wymiar i nasze pojęcie. Równocześnie myśl czy też instynkt ludzki pełen jest przeczyć, że owe rzeczy większe i tajemnicze stykają się jakoś z tym, co znamy i czego wymiar mieści się w ramach naszego zrozumienia.

Taki obraz daje nam Haven – to świat numer dwa, świat dla zmysłów niepojęty, który przeraża zarówno mieszkańców Nowej Anglii jak i Wejherowa w północnej Polsce.

Serial zrobiony jest jednak z dużym wyczuciem humoru, który zresztą jest najmocniejszą stroną tej produkcji. Wszak początkowo straszne rzeczy mają rozwiązania banalnie proste.

Haven jest siedliskiem wszelakich dziwactw – czasem jednak oglądając kolejny odcinek perypetii Audrey i spółki ilość dziwności jest przerażająco wysoka. Tak, że człowiek ma czasem ochotę zrezygnować z kolejnego odcinka sygnowanego nazwiskiem Stephena Kinga.

Mimo wszystko jednak dobra gra aktorów przekonuje nas do poszukiwania odpowiedzi na podstawowe pytania postawione w początkowych odcinkach serii. Czekamy na tę z numerem 3.

Comments { 0 }

Skazani na Shawshank

Jutro Telewizja Polska pokaże nam film “Skazani na Shawshank”. Film, który powstał na podstawie 100-stronnicowego opowiadania Stephena Kinga. Warto? W tym wypadku tak.

Ekranizacje Kinga tylko w mniejszości pokazują nam jego historie. W wielu wypadkach są one pozmieniane, zaadaptowane dla potrzeb kina. W wypadku tego filmu sprawa wygląda inaczej – od A do Z dostajemy historię, którą napisał King.

Film Darabonta uchwycił ducha autora “Carrie”. To, co udało się Kubrickowi czy De Palmie kontynuowane jest właśnie w “Skazanych”. Fabuła 100-stronnicowego opowiadania Kinga, która zaskoczyła samych jego fanów, ma w sobie pewną siłę i urok. Oto bowiem młody bankowiec – Andy Dufresne zabija swoją żonę, którą nakrywa w objęciach innego mężczyzny. Czyn ten wydaje się nad wyraz dziwny, gdyż Andy ma wszystko to, o czym może marzyć młody mężczyzna. Proces jest szybki, a sędzia nieugięty. Wyrok to podwójne dożywocie.

Więzienne realia dla finansowego rekina powinno być straszne. I jest – ale tylko na początku – krew i łzy sprytny młodzieniaszek zamienia na posłuch wśród strażników i współwięźniów. Tim Robbins pięknie wciela się w rolę Andy’ego, który małymi kroczkami realizuje cel, jaki postawił sobie tuż po dostaniu się za kratki – wolność.

Morgan Freeman w roli Ellisa Boyda ‘Red’ Reddinga również nadaje ten ekranizacji blasku. Aktor pięknie pokazał tylko powierzchowną pewność Reda, który nie mógł doczekać się zwolenienia warunkowego. Przy Andym odżywa i zaczyna cieszyć się życiem.

Film nie wywołuje niepotrzebnego wzruszenia (bo i nie taki cel ma opowiadanie Kinga), a przedstawia historię, którą pamiętać się będzie dłużej niż inne. Zapraszam przed mały ekran.

Więcej o filmie tutaj.

Comments { 0 }

Carrie w teatrze

Zobacz tutaj.

Comments { 0 }

Dolores Claiborne operą?

15 września 2013 roku odbędzie się premiera najprawdopodobniej pierwszej opery powstałej na podstawie tekstu Stephena Kinga. Operę “Dolores Claiborne” skomponuje Tobias Picker, a libretto napisze J.D. McClatchy. W tytułowej roli ma wystąpić śpiewaczka Dolora Zajick.

za stephenking.pl

Comments { 0 }

Worek kości – serial 2011

“Worek kości” Stephena Kinga jest po “To” najlepszą jego książką. Udowadnia, że autor nie jest jedynie zanurzony w świecie horroru i grozy. Umie pogodzić tematy wyższe z oczekiwaniami czytelników, którzy płacą za książkę grubą i ciekawą.

Z “Workiem kości” wiąże się także odejście Kinga od swojego wydawcy (Vikinga) na rzecz Scribnera, który zaoferował pisarzowi 50 procentowy udział w zyskach. King potwierdził, że umie robić pieniądze (i to duże) a przez wiernych czytelników i tak postrzegany jest jako ten pisarzyna w t-shircie z tanim zegarkiem na ręku.

W zeszłym roku doczekaliśmy się ekranizacji tej powieści w postaci dwuodcinkowego serialu, który w mojej ocenie nie dorównuje książce.

W serialu obserwujemy nagłą śmierć żony, która oznacza dla Michaela Noonana, autora bestsellerowych książek koniec kariery pisarskiej. Przez 4 lata boryka się z twórczą niemocą. W poszukiwaniu natchnienia postanawia się wybrać do miejsca, gdzie spędził wraz z ukochaną wiele szczęśliwych dni – do starego domku letniskowego nad jeziorem. Na miejscu poznaje piękną Mattie oraz teścia kobiety, który pragnie odebrać jej małą córeczkę.

Nakłaniany przez tajemnicze siły gnieżdżące się w wiekowej posiadłości, Mike postanawia pomóc dziewczynie. Pomimo, że jego umiejętność pisania nagle powraca, nękają go coraz bardziej narastające koszmary i tajemnicze wizyty ducha Sary Tidwell, piosenkarki bluesowej, której dusza pozostała w domu. Stawką zażartej walki jaką przyjdzie mu stoczyć ze złem jest ludzkie życie, szczęście, a także spokój tych, którzy po śmierci dopominają się swoich racji.

W serialu żonę zabija ciężarówka – w książce udar mózgu. 4 lata niemocy w serialu są ledwo wspomniane (a stanowią ważny element opowieści). Duchy, których multum u Kinga w serialu pojawiają się w ilość skromnej. Także posiadłość jest za nowa jak na należącą do rodziny od pokoleń.

Szczegóły szczegółami, ale najważniejsze jest pisanie i pisarz. Wszak “Worek kości” Kinga to opowieść w pierwszej osobie pisarza i próba dojścia przez to do rozwiązania zagadek przeszłości. Twórcy filmu nie ruszyli tych rzecz w ogóle. Właściwie pisanie czegokolwiek jest na dalszym planie – ważniejsza jest pompowana na siłę warstwa grozy, której w książce prawie nie ma.

Także gra aktorów pozostawia wiele do życzenia. Brosnan jako pisarz nie przekonuje zupełnie, reszta bandy wzięta została z łapanki.

Gorsze było tylko “Maksymalne przyśpieszenie”. Nigdy więcej takich ekranizacji.

Comments { 0 }

Dallas 63

Stephen King po ciekawym elektronicznym rozpoczęciu sezonu 2011 na pisanie oraz zbiorze czterech opowiadań pod znakomitym tytułem – Czarna bezgwiezdna noc pokazał nam powieść, która nie jest horrorem, choć wiele elementów wywołujących strach i dreszcze zawiera. Proszę Państwa – przedstawiam Dallas 63.

Wielu fanów pozostaje zapewne zawiedzionych, że nie ma w tej księdze (liczącej bez mała ponad 800 stron) strzyg, upiorów i innych wampirów – Boogeyman z Main udowodnił, że potrafi pisać, a jego rzemiosło jest wysokiej klasy, która pozwala mu zarabiać miliony dolarów. King straszy nas zmianami czasowego kontinuum, chorobami wywołanymi paleniem papierosów oraz nadużywaniem alkoholu. Jake – właściciel baru, w którym znajdują się magiczne schodki do przeszłości umiera na raka. Motyw, który pojawia się w innych utworach Kinga (patrz chociażby Riding the bullet) przeraża, gdy przeczytamy o ciągłym kaszlu, morzu wyplutej przez Ala krwi oraz finale jego nieszczęśliwego (i samotnego życia). Samobójstwo popełnia odkrywca króliczej nory bo nie mógł czekać – za bardzo bolało.(Stephen King, Dallas 63, Prószyński i s-ka, Warszawa 2011, 249.)

Grubi również nie mają szans na śmierć piękną, patetyczną i chrześcijańską, o czym świadczy przykład Billa Turcotte’a: Znów pocierał się po całym ciele, chyba nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Jego ręka wędrowała z brzucha na pierś, z piersi na gardło i z powrotem na pierś (…) Choć Joe początkowo postawił złą diagnozę węsząc u celującego w niego jegomościa grypę żołądkową z czasem skapnął się, że jest to zawał. Choć zwracam uwagę, że jest to rzemiosło, a nie przyciągające do Kinga talent do opowiadania historii z dreszczykiem w stylu TO.

Zresztą ta powieść pojawia się w Dallas 63. Jake Epping pojawia się w Derry w czasie, gdy dzieją się tam rzeczy straszne.

Jaką historię dostajemy tym razem od Kinga? Mamy więc Jake’a Eppinga, który jest trzydziestopięcioletnim nauczycielem angielskiego w szkole Lisbon Falls w stanie Maine, który dorabia, prowadząc kursy przygotowawcze do matury zaocznej dla dorosłych.

Od jednego ze swoich uczniów, Harry’ego Dunninga, dostaje wstrząsającą opowieść w pierwszej osobie o tym, jak w noc Halloween przed pięćdziesięciu laty ojciec Harry’ego zatłukł na śmierć jego matkę i braci, a siostrę pobił tak bardzo, że nigdy nie odzyskała przytomności. Od tego wszystko się zaczyna… Przywołajmy opowiadanie, a właściwie wprowadzający fragment, starego studenta, które nie tyle spowodowało podróże w czasie, co jednak pchnęła Jake’a Eppinga do zmiany przeszłości: To nie był dzień, tylko noc. Noc, która odmieniła moje życie, to była noc, kiedy ojciec zabił mamę moją i dwóch braci, a mnie pobił. Moją siostrę też pobił, tak bardzo, że była w śpiączce. Trzy lata się nie budziła i w końcu umarła. Na imię jej było Ellen i bardzo ją kochałem. Lubiła zrywać kwiatki i wkładać je w wazony3. Ojciec dokonuje masakry młotem pod wpływem dużej dawki alkoholu. Wcześniej znany był z tego, że gdy wypije sobie za dużo staje się agresywny – chodziły nawet uzasadnione słuchy, że pierwszą żonę zamordował równie skutecznie.

Więc nasz opuszczony przez żonę – alkoholiczkę bohater powiada, że po przeczytaniu opowieści woźnego płakał. Dlatego płakałem. Niedługo, ale były to prawdziwe łzy, płynące prosto z serca. W głębi korytarza słyszałem, jak orkiestra szkolna zaczyna grać pieśń zwycięstwa (…)

W tej podniosłej atmosferze King ustami bohatera zastanawia się, czy prozę można oceniać używając szkolnego systemu. Wykreśliłem nad jego pracą wielkie czerwone 5. Patrzyłem na nie dłuższą chwilę, po czym dodałem wielki czerwony plus. Dlatego, że praca była dobra, i dlatego, że jego ból wywołał emocjonalną reakcję we mnie, jego czytelniku. A czy nie to właśnie powinna robić proza godna piątki z plusem? Wywoływać reakcję?

Wkrótce potem przyjaciel Jake’a, Al, właściciel lokalnego baru, zdradza mu tajemnicę: jego spiżarnia jest portalem do roku 1958. Jake jako George Amberson ratuje (a właściwie stara się uratować Harry’ego i jego rodzinę).

Al jako wielki fan Kennedy’ego powierza Jake’owi jeszcze trudniejszą misję. Pragnie, aby ten ocalił prezydenta przed zamachem. Jake zaczyna swoje nowe życie jako George Amberson, życie w świecie Elvisa i JFK, amerykańskich krążowników szos i wczesnego rock and rolla, gniewnego samotnika nazwiskiem Lee Harvey Oswalda i Sadie Dunhill, pięknej szkolnej bibliotekarki, która zostaje miłością życia Jake’a (jeden z lepszych motywów miłosnych ostatnich lat) – życia wbrew wszelkim normalnym regułom czasu.

Czy jednak podróże w czasie są możliwe? Oddajmy głos specjalistom, którzy szczerze w to wątpią. Jak uzasadniają niemożność realizacji takiej wyprawy w przeszłość abstrahując od technicznych możliwości? Jeżeli cofnąłbyś się w czasie i zabił swojego dziadka, to nie mógłbyś się urodzić, a w związku z tym nie mógłbyś się też cofnąć w czasie i….go zabić.

Nauka jednak idzie do przodu i już pojawiają się teorie, które pozwalają na takie podróże. W artykule “The quantum mechanics of time travel through post-selected teleportation” profesor Lloyd udowadnia, że można ominąć problem dziadka głosząc teorię postselekcji.

Najprościej ujmując, postselekcja to pomysł, by zamiast rozwiązywać wszelkie możliwe kombinacje po kolei, należy je sprawdzać jednocześnie i znaleźć taki zestaw zmiennych, który rozwiąże problem. Potrzebna do tego jest też teleportacja kwantowa (wykorzystująca kwantowe splątanie w celu reprodukcji stanu kwantowego w przestrzeni, która wcześniej istniała do innego punktu w przestrzeni.) Według naukowca z MIT taka teleportacja cząsteczki w czasie jest teoretycznie możliwa (Mariusz Koryszewski w: http://technologie.gazeta.pl/internet/1,104530,8167216,Koniec_z_paradoksem_dziadka___podroze_w_czasie_jednak.html [dostęp online 13 listopada 2011]).

W 2008 roku media donosiły o tym, że Uniwersytet w Aberdeen w Anglii prowadzi eksperymenty mające na celu poznanie sekretów podróży w czasie. Doktor Charles Wang będzie badał mikroskopijny ruch atomów, który może być spowodowany przez ruch obrotowy Ziemi. “Jest to bardzo interesująca możliwość, która nie może być całkowicie rządzona prawami fizyki”, powiedział dr Wang. Telewizyjne filmy “Doktor Who” i “Powrót do przyszłości” zapowiadały pojęcie podróży w czasie. Herbert George Wells napisał opowiadającą o tym “Maszynę czasu” – teraz doktor Wang pragnie tą maszynę urzeczywistnić. Jest on wykładowcą w College’u Nauk Fizycznych oraz członkiem aberdeeńskiego centrum stosowania badań nad dynamiką. Doktor Wang mówi, że czeka, aż Europejska Agencja Kosmiczna (ESA) wystrzeli naukowego satelitę, który pomógłby mu w badaniach.

A jak wygląda sprawa techniki u Kinga? W posłowiu możemy przeczytać, że Joe Hill doradzał tacie w stworzeniu jak najlepszego obrazu podróży w czasie. Być może dlatego wydaje się on być dopracowany. Jake Epping oraz jego przyjaciel do przeszłości wchodzą przez spiżarnię, gdzie znajduje się ta królicza nora. Tak opisuje to to główny bohater: Odwróciłem się i wszedłem do spiżarni powoli, jak człowiek, który usiłuje znaleźć szczyt schodów przy zgaszonym świetle. Znalazłem go przy trzecim kroku8. Czy to lepszy sposób niż klasyczna maszyna Wellsa? Pierwsza książka Wellsa zaczyna się dosyć niewinnie – w domu Podróżnika w Czasie (tak narrator nazywa głównego bohatera) grupka angielskich dżentelmenów dyskutuje, popalając cygara i pijąc szampana, o możliwości przemieszczania się nie tylko w trzech wymiarach, ale także w czwartym – czasie. Podróżnik oznajmia, że skonstruował maszynę do podróży w czasie, co zostaje przyjęte sceptycznie. Narrator mówi wprost: “Nikt z nas wówczas nie wierzył w zupełności w machinę Podróżnika. Zbyt przekornym był on bowiem człowiekiem, by mu można było wierzyć”. Na kolejne spotkanie, tydzień później, Podróżnik spóźnia się, w końcu jednak przybywa, ale w bardzo kiepskim stanie, mówiąc zaskoczonym znajomym, że spędził osiem dni w świecie z roku 802 701. Potem snuje opowieści o tym, co przeżył tam i zobaczył (stanowią one większość książki), nie łudząc się, że zostaną uznane za prawdziwe: “Nie spodziewam się, że mi uwierzycie. Traktujcie to jako fantazję albo wizję przyszłości”. (Robert Ostaszewski w: http://wyborcza.pl/1,75517,2737443.html [dostęp online 14.11.2011])

Główny bohater książki Kinga znajduje się w roku 1958 dnia 15 października, w którym dzięki właścicielowi spiżarni nie jest do końca „goły”. Ma kartę ubezpieczenia na nazwisko Georga Ambersona. Właściciel spiżarni wręcza mu także Kartę Stałego Klienta Hertza, kartę paliwową Cities Service, karty płatnicze Diners Club i American Express. Amex była celuloidowa, Diners Club tekturowa10.

Dziwne są zasady, które kierują tymi podróżami przez spiżarnię. Pieniądze zabrane z teraźniejszości i wydane w przeszłości zawsze wracają. Zawsze wchodzimy w przeszłość w tym samym czasie. Ilość godzin teraz nie równa się ilości czasu spędzonego w przeszłości. W wypadku podróży paroletniej nie jest to nawet cała noc w XXI wieku.

Al kupował wiele razy to samo mięso w przeszłości by serwować je w teraźniejszości. Robił też wiele innych rzeczy, które doprowadziły strażnika króliczej nory do samobójstwa. Właśnie – bo podróże w czasie to także osoby, które wiedzą dobrze, że można się w czasie poruszać. Wiedzą też, czego nie należy robić11, by nie zakłócić całego układu czasoprzestrzennego. I nie mówię tu o udaremnieniu zamachu na JFK. Nawet wspominane zakupy u rzeźnika mocno zachwiały równowagą tamtego i współczesnego świata. Jak tłumaczy nam jeden ze strażników – są oni tacy jak inni ludzie, tyle, że z większą niż my ilością obowiązków. Bardzo ważnych obowiązków…

W ostatnich akapitach tekstu przywołuję rozmowę, jaką z Kingiem przeprowadzili redaktorzy pisma Wired. Tam autor Dallas 63 stara się nam wyjaśnić swój pomysł na podróżowanie w czasie. Pamiętajmy jednak, że to nie pierwsza opowieść autora Carrie, która porusza taki problem.

Langolierzy (lub jak kto woli Pożeracze czasu) stanowią przykład zdecydowanie lepszej i przekonującej opowieści, która bliska jest hipotezom współczesnej fantastyki. Rutynowy lot do Bostonu. Pełna liczba pasażerów, każdy jest zajęty sobą. Jedni rozmawiają, drudzy słuchają muzyki, a jeszcze inni po prostu śpią. Jest wśród nich niewidoma dziewczynka, która po przebudzeniu stwierdza, że jej ciotka, z którą leciała, nie jest przy niej obecna. Nikt nie odpowiada na jej wezwania, aż w końcu podnosi krzyk. Zbiega się kilku pasażerów i z ogromnym zdumieniem uświadamiają sobie, że wszyscy, poza nimi… zniknęli. To co po nich pozostało to mnóstwo zegarków, portfeli i innych rzeczy osobistych… Szczęśliwym zbiegiem okoliczności jednym z “ocalałych” jest pilot Brian, któremu udaje się wylądować na pierwszym możliwym lotnisku. Okazuje się jednak, ku jeszcze większemu zdziwieniu pasażerów, że tutaj również wszyscy “wyparowali”. Co jest tego przyczyną, nikt nie potrafi powiedzieć, ale czują, że coś złego wisi w powietrzu…

W tej książce pisarz udowadnia wyraźnie, że podróż w czasie nie jest możliwa. Nie jest możliwe dallasowskie uratowanie prezydenta USA, ponieważ czas nie płynie jak rzeka. Czas w ujęciu Pożeraczy czasu to fala, której nikt i nic nie zatrzyma. Człowiek w tej koncepcji jest zawsze w czasie teraźniejszym – nigdy w przeszłym oraz przyszłym. Jest jest, a było zostało pożarte. Ciekawe? Oczywiście i zdecydowanie bardziej niż koncepcja pisarza z powieści 2011 roku.

Dallas 63 to na szczęście nie tylko problem podróży w czasie. To także niesamowicie piękna opowieść o miłości pomiędzy Georgem Ambersonem a Sadie. Miłości teraźniejszości i przeszłości, która nie może być nigdy ujawniona – trwa tam, by w finale wrócić i zostać przypomniana, ale tylko czytelnikom. Widać, że King nie wyszedł z formy jeśli chodzi o przedstawianie ckliwych tematów, które wielu pozwolą z uzasadnieniem uronić łzę.

O temat podróży w czasie zahaczyli także redaktorzy czasopisma Wired, którzy przepytywali amerykańskiego Boogey’mana z wiedzy o podróżach w czasie. Oto co powiedział:

Wired: Your main character is trying to alter the past, but everything gets in his way. He gets sick, his car won’t start, he gets beaten up.
Stephen King: There’s a kind of a rule that you’d express as a ratio: The more potential a given event has to change the future, the more difficult that event would be to change. If you wanted to go back and speak to somebody on a street corner so that they were five minutes late to an appointment—that might not be too hard. But if you wanted to stop the assassination of a president, that would be really difficult. The past would try to protect itself. My hero, Jake Epping, is befriended by a short-order cook who has a kind of a time bubble in the back of his diner. When you go through it, you always come out at the same time: two minutes before noon, on a day in September 1958. Originally the cook uses it to buy meat at ’50s prices for his restaurant and bring it back through. He always has to buy the same meat because he goes into the store at the same time, every time.
Wired: Sounds simple.
King: Well, it’s a little bit more complex than these people realize. When Al the cook tells Jake about how you can go back to 1958 and walk around and do whatever you want, Jake asks, “What if you went back and killed your own grandfather?”
Wired: The grandfather paradox.
King: Right. And Al looks at him with wide eyes and says, “Why the fuck would you want to do that?” So, in a way, we bypassed that whole idea completely. But by the end of the book, they find out that what they think is basically harmless is very harmful.
Wired: Sort of a butterfly effect thing?
King: The butterfly effect has a part in it, but my thought was that every time you go back and change something, you create an alternate timeline. There are these guardians who stand watch over all the time portals, because they understand that whenever you go back, you damage the time-space continuum. At the end Jake meets one of them, who tells him, “Every time you did this, you made the situation worse. And if you continue to do it, everything collapses.” To me that’s pretty horrible.
Wired: But every time Jake goes through the portal, everything is supposedly reset to how it was before.
King: The idea of the reset was one of the more interesting things about the book to me. You can get the idea from computers, where you can delete all this material and start over again and it never even leaves a mark. You just highlight everything, bop Delete, and it’s gone.
Wired: Well, on a computer you think it’s gone, but it’s actually not.
King: It’s like in the story. They think it’s a complete reset, but the guardian tells Jake that it really isn’t. It looked that way to you, but that stuff was still there.
Wired: If you ever came across a time-travel portal, would you go through it?
King: I guess the urge would be there, but no, I don’t think I would. I’d be afraid that the past really was a house of cards and that I might knock it down. I’d be scared.
Wired: And the further back you go, the more immediately dangerous it becomes—the more likely you are to be hounded by the villagers.
King: It’s another ratio: The further back you go, the more precautions you have to take. It would go right to the language—you’d have to be careful about the way you speak; the accents would be different. If you were to return to, say, 1858, you’d really have to prepare ahead of time.
Wired: How closely do you think people will analyze your time-travel mechanics?
King: As The Dark Tower series was concluding, physics grad students were theorizing online about wormholes and equations and all that. Plenty of buffs, some of whom read this magazine, will say, you screwed this up, you screwed that up. People make a hobby of that kind of thing.
Wired: Do you think you’ll work with time travel again?
King: No, this is it. Absolutely not. No, that’s done. It’s like Apollo Creed says, “Ain’t gonna be no rematch.” (Stephen King w: http://www.wired.com/magazine/2011/11/pl_printking/ [dostęp online 14 listopada 2011])

Jak widać sam King ma zastrzeżenia do swojej teorii – dobrze jednak, że temat został poruszony. I nie chodzi tu o prezydenta JFK, bo równie dobrze można by ratować każdą inną legendę Stanów Zjednoczonych. Ważna jest dyskusja, która powinna toczyć się w erze postępujących technologii, które, być może, takie podróże nam umożliwią. Choć nie da się ukryć, że pomimo wielu minusów, ten marsz postępu, kurwa go mać może wciągnąć bez reszty. A wtedy może nie być już tak zabawnie.

Autor: Tomasz Albecki – FSD Gdańsk

Comments { 0 }
Page 1 of 912345...Last »